Japonia

Na pierwszy ogień idzie podróż najświeższa. Podróż dla mnie szczególna… Bardziej kobieca niż zwykle, bardziej refleksyjna…

Przez cztery ostatnie lata (a właściwie pięć, wliczając ciążę), siedziałam grzecznie na czterech literach. A raczej mniej lub bardziej pokornie godziłam się z faktem, że o tym, czy moje cztery litery odpoczywają, czy znajdują się w ruchu, decyduję nie ja, tylko tak zwane czynniki zewnętrzne. Rodzice małych dzieci wiedzą o czym mówię. Niedzieciaci tego raczej nie zrozumieją (nie obrażając niedzieciatych, po prostu pewne rzeczy można zrozumieć dopiero w praniu).

Były co prawda jakieś tam krótkie wypady służbowe i wypady na turnieje (o tym może szczegółowo napiszę kiedy indziej, na razie niech wystarczy informacja, że od czasu do czasu sobie trochę tańczę).  Ale wiadomo. Służbowo to napięta agenda, mitingi od rana do wieczora, a potem jeszcze tak zwany soszylajzing z kolegami, small talk lub ewentualnie kontynuacja tematów zawodowych. A na turnieju też nie jestem panią swojego czasu, bo trzeba o określonej godzinie zjeść, o określonej godzinie zacząć się przygotowywać, zrobić rozgrzewkę, tańczyć, zdążyć na powrotny pociąg czy samolot, czyli generalnie wszystko też według z góry ustalonego planu.

A do tego ostatni rok potraktował mnie kilka razy zagrywkami poniżej pasa, przez parę miesięcy chodziłam jak pies z podkulonym ogonem. No i poczułam, że już dość. Że muszę przynajmniej na moment wyrwać się z tego mojego kieratu. Pobyć sama ze sobą, stawić czoło emocjom, też tym niefajnym i niewygodnym. Pozwolić mojej duszy dogonić moje ciało. Odzyskać wewnątrzsterowność.

Ale jak się wyrwać z kieratu obowiązków mając małe dziecko, etat i zero dni urlopowych w zapasie? Z pomocą przyszedł przypadek, bo podsłuchałam w firmowej kuchni jak jeden kolega opowiada o swoim sabaticalu. Sabatical, to jest to, pomyślałam. I faktycznie, trochę perswazji u szefa, trochę papierkowej roboty, i udało się. Miesiąc wolnego. Oczywiście też miesiąc bez wypłaty. Ale powiem z góry, że było warto i jedyne czego żałuję, to że nie wzięłam tego wolnego trochę więcej.

No i pojawiło się pytanie, jak ten miesiąc wolnego spożytkować, bo uroczyście przyrzekłam mojemu szefowi, że nie spędzę go na sprzątaniu domu. Chcę gdzieś pojechać, to było jasne. I chcę pojechać sama. W listopadzie. I wybór padł na Japonię, bo już od wielu lat bardzo chciałam tam pojechać, bo wedle wszelkich dostępnych informacji jest to miejsce bezpieczne dla samotnie podróżujących kobiet, bo pogoda w tym czasie powinna być znośna.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła wymyślać powodów, dlaczego pojechać nie powinnam. Bo może dziecko dostanie traumy, jak mama zniknie na dłużej. Bo mąż będzie miał dużo roboty. Bo to jednak może trochę fanaberia, tak po prostu polecieć sobie do Japonii.

Z pomocą przyszedł mój mąż, ostoja rozsądku i opanowania. Oświadczył, że dziecko nie dostało traumy podczas jego wyjazdów służbowych, też czasami dwutygodniowych, to i teraz nie dostanie i że sobie poradzą, bo ja sobie też musiałam radzić, jak jego nie było. I że wyjazd mi dobrze zrobi. I że po to pracujemy, żeby czasami właśnie sobie na takie nierozsądne wyjazdy pozwolić. I w końcu, zmęczony moimi rozterkami i marudzeniem, po prostu kupił mi bilet, a w dniu odlotu odwiózł na lotnisko i przypilnował, żebym się w ostatniej chwili nie rozmyśliła, czego byłam kilka razy bliska.

I powiem tak: było warto. Dziecko nie dostało traumy, mąż jakoś wszystko ogarnął (na bałagan jaki mnie zastał po powrocie spuszczę wspaniałomyślnie zasłonę milczenia). A ja przeżyłam niezapomniane dwa tygodnie, podczas którego byłam panią mojego czasu, wiele rzeczy sobie przemyślałam i poukładałam w głowie, zresetowałam się, a do tego zobaczyłam wspaniały kraj, przywiozłam wiele wrażeń, nowych pomysłów i inspiracji.

 

Na miejsca, gotowi, start!

Witajcie na moim blogu o podróżach!

Trochę się tych podróży nazbierało, a czas ucieka, wspomnienia bledną… Ten blog powstał przede wszystkim, aby te piękne wspomnienia zatrzymać, „ocalić od zapomnienia”, jak to poeta powiedział. Trochę też z wygodnictwa, bo znajomi często proszą, aby poopowiadać i podzielić się wrażeniami, i teraz będę im mogła po prostu podesłać linka. A może przy okazji i Ty, drogi czytelniku, znajdziesz tu dla siebie inspirację do (pierwszej lub kolejnej) podróży, albo może chociaż kilka chwilek zapomnienia od szarej rzeczywistości…