Tokio – Ogród Rikugi-en

Popołudnie spędzam w ogrodzie Rigugi-en, zaliczanym do jednym z najpiękniejszych krajobrazów Japonii.

Powiem krótko: Japończycy umieją zakładać ogrody. Resztę niech opowiedzą zdjęcia:

Kubek matchy i wagashi, popijane w ogrodowej herbaciarni, dopełniły szczęścia 🙂

Matcha i wagashi w ogrodzie Rikugi-en
Matcha i wagashi w ogrodzie Rikugi-en

 

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Kuchnia japońska – kurczak teriyaki

Po włóczędze po dzielnicy Shibuya, wypełnionej zwiedzaniem sklepów, czas na obiad. Trafiam do przemiłego, przytulnego lokalu i decyduję się na kurczaka w sosie teriyaki – to jedno z najbardziej znanych dań japońskich i ciekawa jestem, jak smakuje tu, w autentycznym wydaniu lokalnym.

Teryiaki to sposób przyrządzania potraw, polegający na zamarynowaniu ryby lub mięsa (a zwłaszcza wołowiny i kurczaka) lub warzyw w specjalnym sosie, a potem duszeniu, smażeniu lub grillowaniu tegoż. Sos teryiaki  przygotowuje się z sosu sojowego, sake i cukru, które miesza się w równych ilościach i powoli redukuje do połowy objętości.

Jak informuje Wikipedia, nazwa teriyaki wzięła się od japońskiego słowa teru (błyszczeć, świecić), ponieważ sos na potrawie błyszczy pod wpływem dużej zawartości cukru.

Mój kurczak teryiaki w wydaniu oryginalnym okazał się pyszny, kruchy i delikatny, słodko-słony i aromatyczny. Mniam! Kiedyś na pewno spróbuję to odtworzyć we własnej kuchni…

 

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – Świątynia Meiji

Dzisiaj zaczynam dzień od wizyty w świątyni Meiji, przy czym „zaczynam dzień” dosłownie, bowiem wyruszam w drogę tuż po szóstej rano, a na miejsce docieram przed siódmą, jeszcze w półmroku. Zdecydowałam się na taką wszesną porę aby uniknąć rush hour w metrze, a przede wszystkim masy turystów w Meiji, która jest jedną z najczęściej odwiedzanych świątyń w Japonii.

Kto rano wstaje, ten bardzo marznie, zwłaszcza o tej porze roku, dlatego błogosławiłam moje chemiczne ocieplaczki, które wsunęłam w mankiety mojej kurtki, kiedy szłam przez las okalający kompleks świątynnych zabudowań (las liczy ponoć 120.000 drzew w 365 gatunkach, drzewa są podarunkami od wiernych ze wszystkich zakąktów Japonii) Ale warto było wstać tak wcześnie i marznąć, aby móc przeżyć, jak świątynia pomału budzi się do życia, jak w skupieniu modlą się w niej nieliczni wierni, a ciszę przerywa tylko rytmiczne szuranie miotły o ziemię.

W pewnym momencie w głównej hali świątyni pojawiło się trzech kapłanów shinto ubranych w uroczyste szaty. Jeden z nich uderzył w gong i zaczęła się ceremonia wypełniona śpiewem, melorecytacją, procesją wokół ołtarza, pokłonami, ściąganiem i zakładaniem butów i jeszcze innymi gestami, których znaczenie zrozumiałe jest tylko dla znawców religii shinto. W pierwszym odruchu chcialam wyciągnąć komórkę i nagrywać, ale powstrzymałam się, powodowana szacunkiem do sakrum, jakie epatowało z tego miejsca i tej chwili. To nie był spektakl dla turystów, to była autentyczna modlitwa tych kapłanów i tej nielicznej grupki lokalsów i czułam, że nie można tego profanować nagrywaniem.

Po ceremonii poszwędałam się jeszcze trochę po dziedzińcu świątyni, poczytałam „ema” (tabliczki z modlitwami), niektóre z nich sa po angielsku lub niemiecku, niektóre są wzruszające, a przy niektórych nie mogłam powstrzymać śmiechu. Sama też jedną ema napisałam i wrzuciłam do przeznaczonej do tego skarbonki stosowną ofiarę – niby nie wierzę w takie czary mary, ale kto wie… zaszkodzić nie zaszkodzi, a pomóc może…

Około wpół do dziewiątej na dziedziniec świątyni zaczęły wpływać pierwsze zorganizowane grupy turystów, więc zdecydowałam, że czas się stąd zwijać, i w poczuciu dobrze spełnionego turystycznego obowiązku, ale też zadowolona, że przeżyłam coś pięknego, ruszyłam do pobliskiej dzielnicy Shibuya na poszukiwanie śniadania.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – Ginza – sklep Itoya, czyli coś dla fanów papeterii

Ponieważ jestem wielkim miłośnikiem papeterii, papieru, przyborów do pisania, więc nie mogłam ominąć mieszczącego się w dzielnicy Ginza sklepu Itoya. To jest liczący ponad sto lat sklep, nowo otwarty w 2015r i mieści na dwunastu piętrach wszystko, czego może sobie zażyczyć papieromaniak.

Ponieważ było już dosyć późno, skupiłam się głównie na akcesoriach do mojego Filofaxa (Japończycy są wielbicielami tej marki, ale też wszelakich żurnali, pamiętników i kalendarzy), ale odkryłam też dział z papierem, gdzie między innymi można dosyć korzystnie kupić dobrze wykonane kopie znanych japońskich rycin – miła pamiątka, którą można po powrocie ozdobić ścianę i na pewno alternatywa dla dosyć drogich rycin sprzedawanych w sklepach muzealnych i w innych miejscach turystycznych.

O dwudziestej sklep jest niestety zamykany, ale można jeszcze skorzystać z umieszczonej na ostatnim piętrze restauracji, z widokiem na rozświetloną neonami Ginzę. Skusiłam się na sałatkę z sałaty uprawianej piętro niżej na ekologicznej farmie – powiem szczerze, że jeśli tak wygląda przyszłość rolnictwa, to ja się nie piszę, jednak nie ma to jak sałata zahartowana wiatrem i słońcem. Ale raz w życiu spróbować można.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.