Tokio – spotkanie z lokalsami

Mija pierwszy tydzień mojej podróży i chociaż niezmiernie mi się podoba podróżowanie w pojedynkę, to pomału nabieram ochoty na jakiś kontakt z ludźmi, najchętniej z tubylcami.

Na szczęście istnieje taki fajny portal, który się nazywa meetup. Meetup działa w wielu dużych miastach na całym świecie i jest  świetną okazją do poznania wszelkiej maści zapaleńców, od hobbystycznych fotografów i miłośników zumby po hodowców chomików. W Tokio meetup ma przeogromną masę użytkowników, więc mogłam przebierać do woli w spotkaniach. Zdecydowałam się na grupę oferującą japońsko-angielską wymianę językową. Chodzi o to, że Japończycy uczą się angielskiego trochę tak jak my Łaciny, czyli głównie kują gramatykę i słówka, ale nie uczą się w szkole konwersacji. Ludzie, którzy na prawdę są zmotywowani do nauki, szukają różnych sposobów, żeby mieć styczność z prawdziwym językiem. No a wszelkiej maści ekspaci i inni pasjonaci japońskiego też cieszą się, kiedy mogą poćwiczyć swoje nowo nabyte umiejętności lingwistyczne.

Grupa miała się spotkać o 19-tej na stacji Ueno, przy bramkach kolejki JR. I faktycznie, o 19 pojawiła się tam dziewczyna z tekturową tabliczką z napisem „meetup”, a wokół niej szybko skrystalizowała się grupka kilkunastu osób, głównie Japończyków. Poszliśmy do pobliskiego bardzo przytulnego pubu, gdzie mieliśmy zarezerwowaną dla nas trochę spokojniejszą niszę. Okazało się, że ten meetup jest organizowany komercyjnie, trzeba było opłacić 500 jenów za udział. W cenie było jedno piwo lub inny napój, więc był to w miarę dobry interes. Dziewczyna z tabliczką rozdała nam naklejki, na których mieliśmy napisać nasze imiona i przykleić sobie w widocznym miejscu, a potem podzieliła nas na 4 grupy, cztero- lub pięcioosobowe i ogłosiła, że teraz będziemy rozmawiać po angielsku. Po dwudziestu minutach była zmiana – kolej na ćwiczenie języka japońskiego. Potem przetasowanie grup. I tak trzy razy. A potem część oficjalna się kończy, niektórzy wychodzą, a mała grupka zostaje jeszcze na miłe pogaduszki, tym razem już tylko po angielsku.

Bardzo sympatyczny wieczór, przemili ludzie. W większości Japończycy szlifujący swój angielski, głównie faceci, sporo studentów przygotowujących się do swego rodzaju egzaminów, po których albo dostaną angaż u wymarzonego pracodawcy albo nie. Dziewczyna po prawie pracująca w ratuszu, która marzy o poprawieniu swoich szans na karierę. Chłopak z działu sprzedaży w firmie IT.

Osób próbujących swoich sił po japońskku niewiele, jeden expat – pasjonat japonistyki, który z ogromnym zacięciem i zacietrzewieniem dyskutował jakieś niuanse z zakamarków japońskiej gramatyki (nawet ultra-uprzejmi Japończycy po kilkunastu minutach mieli go dość), jeden Japończyk koło sześćdziesiątki, który wychował się w Stanach, nie nauczył języka w domu rodzinnym i teraz próbuje wracać do swoich korzeni oraz dwie studentki podróżujące po świecie w ramach swojego „gap year” i w Japonii dorabiające sobie jako nauczycielki języka angielskiego. Nauczyciel angielskiego to w ogóle jeden z nielicznych zawodów dostępnych dla obcokrajowców, ze względu na restrykcyjne regulacje prawne (Japonia chroni swój rynek pracy) i na kulturę korporacyjną, w której nie do pomyślenia jest zatrudnienie człowieka bez płynnej znajomości japońskiego. Pomimo swojej nowoczesności Japonia nadal pozostaje krajem dosyć hermetycznym.

Ja się jakoś specjalnie na naukę japońskiego nie nastawiałam, wiedząc, że zostanę tu jeszcze tylko przez tydzień i w tym czasie świetnie dam sobie radę po angielsku i w międzynarodowym języku gestów i mimiki. Dowiedziałam się jedynie, jak się moje imię pisze po japońsku, niestety, kartka na której to miałam zapisane gdzieś mi zginęła, więc zdjęcia nie będzie 🙁

Dużo bardziej ciekawiło mnie spotkanie z ludźmi, ich historie, ich reakcje na moje historie. Bardzo duże zainteresowanie wywołaly zwłaszcza moje opowieści o systemie urlopu rodzicielskiego w Niemczech (14 miesięcy płatnych, w tym 2 tylko dla ojca), że mój mąż wykorzystał z tego 4 miesiące oraz fakt, że będąc matką przedszkolaka pracuję na cały etat – zwłaszcza ta dziewczyna prawniczka dopytywała się o wszystkie szczegóły i chyba widziałam w jej oczach mieszaninę zazdrości i smutku. A jeden z tych chłopaków, sam żonaty i ojciec dwójki dzieci, spytał z autentycznym zdziwieniem i niedowierzaniem, jak to możliwe, że mój mąż pozwolił mi pojechać w podróż samej (ten sam chłopak, przemiły zresztą, który siedział po długim dniu pracy w pubie szlifując swój angielski, kiedy jego żona opiekowała się dziećmi – on sam stwierdził, że jego żona nie pracuje i wieczorami raczej nigdzie nie wychodzi). Wiedziałam już wtedy, że Japonia jest pod względem podziału ról bardzo konserwatywna, ale co innego teoria, a co innego reakcje ludzi z krwi i kości. Te reakcje potwierdziły to, co czytałam w wielu artykułach, mianowicie że kobiety pracujące nie mają w Japonii łatwego życia, i to nawet jako singielki: nawet dobrze wykształcone są raczej delegowane do prac pomocniczych i mało prestiżowych, przy takim samym wykształceniu dostają średnio 30% mniej pensji niż koledzy. Po zostaniu matką większość z nich rezygnuje z pracy, bo nie ma żłobków i przedszkoli i jednocześnie jest ogromna presja na bycie idealną matką, no i nie da się tego ogarnąć organizacyjnie przy korporacyjnej kulturze zostawania w pracy po godzinach. Nawet jeśli Japonki wracają do pracy po odchowaniu dzieci, to zazwyczaj na częśc etatu i znowu na stanowiska mało rozwojowe. Taka ciekawostka: w raporcie o równości płci Światowego Forum Ekonomicznego Japonia zajmuje w roku 2016 miejsce 111, za Swazilandem, Etiopią i Nepalem. Polska jest na miejscu 38.

Pomijając ten przyciężki temat nierówności płci, to wieczór był naprawdę udany, polecam taki meetup każdemu podróżnikowi, bardzo ciekawy sposób na liźnięcie kolorytu kraju nie od strony zabytków, tylko tubylców z krwi i kości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.