Tokio – Odaiba – Onsen Oedo Monogatari

Wizyta w Japonii bez odwiedzenia onsenu ponoć się nie liczy, a ja odkładałam ten onsen i odkładałam, bo nie byłam pewna, czy to coś dla mnie. Będąc na Odaibie zdecydowałam się w końcu odwiedzić Onsen Oedo Monogatari i okazało się to strzałem w dziesiątkę – ten onsen to absolutny highlight mojej podróży!

Tuż po wejściu do budynku jesteśmy skonfrontowani z japońskimi tradycjami, bo hol wyłożony jest matami tatami, których nie wolno pobrudzić i dlatego trzeba zdjąć buty, a mokre parasole włożyć w jednorazowe foliowe pokrowce rozdawane przy drzwiach (Japończycy są mistrzami świata w produkowaniu odpadów). Do kolejki po bilet ustawiamy się więc na bosaka i dostajemy jeszcze ostrzeżenie, że nie zostaniemy wpuszczeni, jeśli mamy jakiekolwiek tatuaże. Tatuaże są w Japonii bardzo silnie kojarzone z mafią i w większości onsenów panuje zakaz wstępu dla osób z tatuażami.

Przy kasie dostajemy bawełnianą yukatę (można wybrać jeden z czterech kolorowych wzorów dla kobiet lub czterech raczej stonowanych kolorystycznie dla mężczyzn). Dostajemy też chip z bransoletką do zapięcia na rękę, na którym będą odnotowywane zakupy w onsenie, zapłacimy za wszystko przy wyjściu.

W szatniach podzielonych według płci przebieramy się w yukaty i wchodzimy do wielkiej koedukacyjnej hali w stylu Edo ze sklepami, restauracjami, grami, budkami wróżbitów i co tam jeszcze spragniona relaksu dusza zapragnie.

Obok hali głównej znajduje się druga spokojniejsza hala, przeznaczona do odpoczynku po kąpieli. W kompleksie onsenu, oprócz klasycznej kąpieli w gorącej wodzie, można jeszcze brodzić w koedukacyjnym baseniku outdoorowym i zafundować sobie masaż lub zabieg kosmetyczny.

Kąpiel jest przeżyciem samym w sobie. Aby jej zażyć, trzeba się udać do innej przebieralni, znowu osobnej dla kobiet i mężczyzn – część basenowa też jest odseparowana według płci. W tej przebieralni są szafki, w których zostawia się yukatę, telefon, i co tam kto ma przy sobie. Dostaje się taki malutki ręczniczek, taki naprawdę malutki, trochę większy od chusteczki do nosa i drugi ręcznik trochę większy, ale niewiele. Ten większy na razie zostawia się w swojej skrytce.

Rozebranym do rosołu wchodzi się do pierwszej części łaźni, gdzie są malutkie boksy z malutkimi krzesełkami (jak dla przedszkolaków), lustrem, prysznicem, mydłem i naczyniem do polewania się (nie wiem po co, no bo przecież można użyć prysznica). Siedząc na stołeczku trzeba się gruntownie umyć, używając tego małego ręczniczka jako myjki, a potem jeszcze trzeba dokładnie spłukać swój boks, żeby było czysto dla następnej osoby.

Potem przechodzi się do części z basenami. Są to kamiennne kadzie, od takiej mieszczącej ze cztery osoby do takich wielkich na mniej więcej 20 osób. Baseny są ustawione według rosnącej temperatury wody. Najpierw wchodzimy do tego z najchłodniejszą wodą, potem zwiększamy temperaturę, według uznania. Najcieplejszy basen był dla mnie za gorący, ale wiele Japonek dzielnie się w nim moczyło. Przebywając w basenie cały czas mamy ze sobą ten mały ręczniczek, można nim ocierać pot z twarzy i należy bardzo uważać, aby go nie zamoczyć w wodzie, bo to jest uważane za bardzo gruby nietakt. Większość onsenowiczów kładzie go sobie na głowie.

W onsenowej hali panuje bardzo spokojna atmosfera a i sama kąpiel jest bardzo relaksująca.

Kiedy zdecydujemy, że już dosyć moczenia się w ciepłej wodzie, wracamy do szatni i przy pomocy tego większego ręcznika doprowadzamy się do stanu w miarę suchego. Nie wiem jak jest w innych onsenach, ale w Oedo Monogatari za darmo są do dyspozycji wszelakie kosmetyki pielęgnacyjne do skóry i włosów, balsamy, krem do twarzy, etc.

Zrelaksowana po kąpieli funduję sobie chirashi sushi, a na dokładkę matcha smoothie i czuję się jak bogini życia.

Kąpiel w onsenie jest tak relaksująca, że aż zasnęłam w pociągu i przespałam moją stację. Podobno dopiero po takim przegapieniu swojej stacji można o sobie mówić, że jest się prawdziwym tokijczykiem…

Kuchnia japońska – Ramen

Jakoś tak się złożyło, że dzisiaj w moim jadłospisie znalazły się aż dwie zupy: „somen” na obiad i „ramen” na kolację.

Kuchnia japońska - somen
Kuchnia japońska – somen

Z perspektywy niewtajemniczonego w niuanse Europejczyka można w bardzo dużym uproszczeniu powiedzieć, że ramen i somen, podobnie jak soba i udon to zupy na wywarze, najczęściej mięsnym, różniące się od siebie rodzajem klusek i zawartością „wkładki”.

W ramenie makaron jest zrobiony z pszenicy, udon też z mąki pszennej, ale kluchy dużo grubsze. Makaron soba jest zrobiony z mąki gryczanej, a makaron somen albo z gryczanej albo pszennej, ale w dosyć cienkie nitki.

Co do wkładu, to jest on bardzo różnorodny, mięso, jajka, różne pierożki, tofu, warzywa, sezam. Każda pani domu i każda restauracja mają swoje przepisy.

Ramen to taki japoński fast-food, tylko w Tokio jest ponoć ponad 5 tysięcy restauracji serwujących tą zupę, a w całej Japonii ponad 200 tysięcy. Dosyć łatwo można te restauracje rozpoznać po charakterystycznym siorbaniu 🙂

Moj wieczorny ramen musiałam zamówić w automacie. Jest mnóstwo opcji do wyboru, można sobie skonfigurować rodzaj makaronu i dodatki, a potem maszyna wyświetla cenę. Płaci się w automacie, który wypluwa wydrukowany bon, który to bon podaje się kucharzowi, by po chwili dostać miskę z wywarem i dodatkami i osobno makaron, który wedle uznania dodaje się do zupy. Przy pomocy pani z obsługi, która nie mówiła po angielsku, trochę na migi pokazując na zupy siedzących przy pobliskich stolikach gości, a trochę na chybił trafił udało mi się zamówić taką zupkę jak na poniższym zdjęciu. Bardzo dobra, aromatyczna, sycąca, tylko jak na mój gust nieco za słona – ale to niestety był mój częsty problem z japońskimi potrawami.

Tokio – dzielnica Sumida – kawa parzona na zimno i Pikotaro

Ociągam się ze skończeniem mojego spaceru nad brzegiem Sumidy, ale robi się już naprawdę ciemno, a bulwary nad rzeką pustoszeją i nie wszędzie dociera światło latarń. Japonia to bardzo bezpieczny kraj, ale ja wyznaję zasadę, że losu nie należy kusić, zwłaszcza jeśli jest się podróżującą w pojedynkę kobietą. Poza tym robię się głodna, więc czas zapuścić się w ludniejsze rejony miasta. Kieruję się więc w stonę Tokio Tower, pięknie oświetlonego i doskonale widocznego punktu orientacyjnego.

Zachodzę do bardzo przytulnie wyglądającej malutkiej kawiarni w pobliżu Tokio Tower. Po tygodniu odżywiania się prawie wyłącznie japońskim jedzeniem mam dzisiaj ochotę na coś bardziej europejskiego, więc zamawiam sandwicza z sałatką. Ale element japoński też jest, a mianowicie kawa parzona na zimno (czy da się „parzyć” na zimno??? angielska nazwa „cold drip” jest bardziej adekwatna). Czytałam, że taka kawa jest bardzo popularna w Japonii, więc próbuję… i przeżywam olśnienie. Nie jestem kawoszem, ale ten napój naprawdę zdobył moje uznanie. Bardzo aromatyczny, esencjonalny wręcz, a jednocześnie lekki, bez goryczki czy kwaśnego posmaku na końcu języka. Podany z kostką lodu wyśmienicie orzeźwia. Polecam z czystym sercem.

Oprócz kawy bardzo podoba mi się też japoński zwyczaj zostawiania torebek, plecaków lub zakupów w specjalnych koszykach, które obsługa przynosi do stolika. Dzięki temu torebka lub inne rzeczy nie zajmują miesca na dodatkowym krześle i nie walają się po podłodze. To jest jedna z rzeczy, które z chęcią przeniosłabym do Europy!

Po kolacji docieram w końcu do Tokio Tower. Przez moment biję się z myślami, czy by nie wyjechać do góry, by pooglądać sobie miasto z góry, ale rezygnuję z tego, cena wydaje mi się zbyt wygórowana. Obczajam więc tylko centrum handlowe usytuowane w dolnych kondygnacjach budynku. I znowu, sam dom towarowy nie spodobał mi się wcale. Trafiłam na dział z zabawkami i chciałam kupić mojej córce jakiś fajny prezent, ale naprawdę nic fajnego nie było, wszystko jakieś takie chłamowate, a do tego tak ogłuszający jazgot (muzyka, ogłoszenia, reklamy, prezentacje, czort wie co jeszcze), że ewakuowałam się stamtąd bardzo szybko. Przeniosłam się do części gastronomicznej, która jak zwykle okazała się godna uwagi. Obłowiłam się w rozmaite słodycze – połowa mojej podróży już minęła, więc czas zaopatrzyć się w prezenty dla rodziny i znajomych…

Przy okazji natrafiam na tego pana:

Pikotaro - autor hitu PPAP (pen pineaple apple pen)
Pikotaro – autor hitu PPAP (pen pineaple apple pen)

To Pikotaro, czyli artysta słynny głównie z jednego przeboju, który w Japonii osiągnął ponoć popularność porównywalną do „Gangnam style”. Nawet w niemieckiej prasie codziennej czytałam o fenomenie jego piosenki „Pen pineapple apple pen”. Japończycy mają bardzo specyficzne, bardzo subtelne poczucie humoru… Tutaj klip Pikotaro w wersji oficjalnej:

 

Tokio – świątynia Senso-ji i święto Shichi-go-san (święto 7-5-3)

Posilona i w wyśmienitym nastroju dotarłam w końcu do świątyni Senso-ji – najstarszej świątyni w Tokio.

Na teren świątyni wchodzi się przez imponującą bramę Kaminari-mon (brama grzmotów). Wewnątrz bramy zamocowana jest przeogromna papierowa latarnia, w kolorze czerwonym i z granatowymi znakami – ta kolorystyka ma powodować skojarzenia z burzowymi chmurami i piorunami). Za bramą znajduje się wąska uliczka (Namamise-dori), z obydwu stron obstawiona dziesiątkami budek oferujących niezliczone pamiątki: wachlarze, drzeworyty, kimona, zabawki, podkoszulki, słodycze i co tam jeszcze dusza turysty zapragnie.

Na końcu uliczki ze straganami stoi jeszcze jedna brama, zwana Hōzō-mon, nieco mniejsza od Kaminari-mon, ale dosyć do niej podobna, co początkowo wzbudziło we mnie lekką konfuzję, bo zdawało mi się, że pomyliłam kierunki. Dziedziniec świątyni spowity jest dymem, który służy do rytualnego oczyszczenia, tak samo jak woda w studni. Wierni dokonują rytualnych ablucji zanim wejdą do głównej hali świątyni, która poświęcona jest Kannon, bogini miłosierdzia i płodności.

Do kompleksu świątynnego należą jeszcze inne budynki, pagoda, świątynia shinto, ogród, ale szczerze mówiąc nie wczuwałam się za bardzo w ich oglądanie, dlatego i tutaj nie będę im poświęcać miejsca. Największą frajdę sprawiało mi oglądanie ludzi, zwykłych wiernych, którzy przybyli do świątyni na modlitwę i turystów, którzy wystrojeni w tradycyjne stroje (prawdopodobnie w większości wypożyczone) strzelali sobie jednego selfika za drugim.

Przy przeglądaniu zdjęć już po powrocie zauważyłam, że nie zrobiłam tego dnia ani jednego zdjęcia latarni Kaminari, chyba mnie ogarnęła jakaś pomroczność jasna, może to od tego dymu mi rozum zamgliło. Ewentualnych czytelników upraszam o wyrozumiałość, a poniżej zamieszczam kilka fotek ze świątyni Senso-ji:

A tutaj kilka snapszotów turystów w malowniczo kolorowych strojach:

Na wizytę w świątyni  Senso-ji z premedytacją wybrałam sie 15 listopada – na ten dzień przypada bowiem święto Shichi-go-san (święto 7-5-3). Jest to święto dzieci w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat. Pierwotnie wiązało się ono z obrzędami inicjacji, przejścia z wieku małego bezrozumnego dziecka do wieku dzieci „dużych” – rytuały różniły się podobno w zależności od regionu Japonii, ale na przykład dopiero po skończeniu trzech lat dzieciom zapuszczano włosy (przed ukończeniem tego wieku głowy dzieci golono). W wieku pięciu lat chłopcy po raz pierwszy mogli założyć tradycyjny strój hakama, a dziewczynki po skończeniu siedmiu lat mogły przepasać kimono ozdobnym pasem obi. Do dzisiaj z tych rytuałów przetrwał zwyczaj ubierania dzieci w tradycyjne japońskie stroje i wizyta w lokalnej świątyni shinto.

Możliwość zobaczenia tych przesłodkich japońskich dzieciaków poubieranych w kimona i hakamy, w towarzystwie rodziców w równie eleganckich strojach, była dla mnie prawdziwą gratką. Tutaj kilka zdjęć: