Kuchnia japońska – kurczak teriyaki

Po włóczędze po dzielnicy Shibuya, wypełnionej zwiedzaniem sklepów, czas na obiad. Trafiam do przemiłego, przytulnego lokalu i decyduję się na kurczaka w sosie teriyaki – to jedno z najbardziej znanych dań japońskich i ciekawa jestem, jak smakuje tu, w autentycznym wydaniu lokalnym.

Teryiaki to sposób przyrządzania potraw, polegający na zamarynowaniu ryby lub mięsa (a zwłaszcza wołowiny i kurczaka) lub warzyw w specjalnym sosie, a potem duszeniu, smażeniu lub grillowaniu tegoż. Sos teryiaki  przygotowuje się z sosu sojowego, sake i cukru, które miesza się w równych ilościach i powoli redukuje do połowy objętości.

Jak informuje Wikipedia, nazwa teriyaki wzięła się od japońskiego słowa teru (błyszczeć, świecić), ponieważ sos na potrawie błyszczy pod wpływem dużej zawartości cukru.

Mój kurczak teryiaki w wydaniu oryginalnym okazał się pyszny, kruchy i delikatny, słodko-słony i aromatyczny. Mniam! Kiedyś na pewno spróbuję to odtworzyć we własnej kuchni…

 

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Kuchnia japońska – chirashi sushi

Pierwsze skojarzenie ja hasło „kuchnia japońska”? Oczywiście sushi!

Skonsternowana stwierdzam, że to już mój drugi tydzień w Japonii, a jeszcze nie jadłam sushi… Pora to zmienić! W plątaninie bocznych uliczek Asakusy ulegom namowom miłej „naganiaczki” i daję się zaprowadzić do wnętrza jednego z barów serwujących sushi. Barierę językową zgrabnie omijam zamawiając „setto”, czyli standardowy zestaw obiadowy. Czekając na moje zamówienie obserwuję kucharzy, którzy za barową ladą przygotowują świeże sushi. Ponoć filetowanie i krojenie ryby na sushi to nauka sama w sobie, każdy gatunek ryby ma swoje techniki krojenia i odpowiednie noże.

W końcu moje „setto” ląduje przede mną. I tutaj mała niespodzianka, bo spodziewałam się sushi w wersji klasycznej, czyli ryżu i ryby pozawijanych w wodorosty lub chociaż poporcjowanych, a tutaj dostałam chirashi sushi, czyli miskę wypełnioną ryżem, na której poukładane są ryba, warzywa, wasabi, marynowany imbir i  wszystkie inne składniki sushi (w moim przypadku jeszcze pyszny kawałek takiego jajecznego omletu, kawior i cytryna). Generalnie chodzi o to, żeby było jak najwięcej różnorodnych smaków, które mają ze sobą harmonizować: kwaśny, ostry, rybi, słodki (to ten omlet), odświeżający (imbir i ogórek). W komplecie z zupą miso i zieloną herbatą pycha!!!

 

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Kuchnia japońska – Ramen

Jakoś tak się złożyło, że dzisiaj w moim jadłospisie znalazły się aż dwie zupy: „somen” na obiad i „ramen” na kolację.

Kuchnia japońska - somen

Kuchnia japońska – somen

Z perspektywy niewtajemniczonego w niuanse Europejczyka można w bardzo dużym uproszczeniu powiedzieć, że ramen i somen, podobnie jak soba i udon to zupy na wywarze, najczęściej mięsnym, różniące się od siebie rodzajem klusek i zawartością „wkładki”.

W ramenie makaron jest zrobiony z pszenicy, udon też z mąki pszennej, ale kluchy dużo grubsze. Makaron soba jest zrobiony z mąki gryczanej, a makaron somen albo z gryczanej albo pszennej, ale w dosyć cienkie nitki.

Co do wkładu, to jest on bardzo różnorodny, mięso, jajka, różne pierożki, tofu, warzywa, sezam. Każda pani domu i każda restauracja mają swoje przepisy.

Ramen to taki japoński fast-food, tylko w Tokio jest ponoć ponad 5 tysięcy restauracji serwujących tą zupę, a w całej Japonii ponad 200 tysięcy. Dosyć łatwo można te restauracje rozpoznać po charakterystycznym siorbaniu 🙂

Moj wieczorny ramen musiałam zamówić w automacie. Jest mnóstwo opcji do wyboru, można sobie skonfigurować rodzaj makaronu i dodatki, a potem maszyna wyświetla cenę. Płaci się w automacie, który wypluwa wydrukowany bon, który to bon podaje się kucharzowi, by po chwili dostać miskę z wywarem i dodatkami i osobno makaron, który wedle uznania dodaje się do zupy. Przy pomocy pani z obsługi, która nie mówiła po angielsku, trochę na migi pokazując na zupy siedzących przy pobliskich stolikach gości, a trochę na chybił trafił udało mi się zamówić taką zupkę jak na poniższym zdjęciu. Bardzo dobra, aromatyczna, sycąca, tylko jak na mój gust nieco za słona – ale to niestety był mój częsty problem z japońskimi potrawami.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – spacer po dzielnicy Asakusa

Dzisiaj czas na zwiedzanie najstarszej świątyni buddyjskiej w Tokio: Senso-ji. Mój sympatyczny apartament znajduje się rzut beretem od tego miejsca, więc wybieram się tam na piechotę, a przy okazji oglądam sobie dokładniej „moją” dzielnicę, czyli Asakusę.

Asakusa to bardzo przyjemna dzielnica, zobaczcie zresztą sami:

Po drodze zachodzę do małej przytulnej restauracyjki na przekąskę. Takoyaki tym razem w wersji z płatkami bonito (wędzony i suszony tuńczyk, w postaci ultracienkich płatków), znowu przepyszne… Na deser raczę się lodami z matchą – kremowe, nie za słodkie, z charakterystycznym aromatem, mniam, od razu zostaję fanem.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Nara – Kioto – Tokio czyli dzień w podróży i kilka przemyśleń

Szósty dzień mojej podróży. Wyprowadzam się z urokliwej i spokojnej Nary. Wracam do Kioto, by stamtąd pojechać do stolicy. Tym razem kasy do rezerwacji miejscówki i perony znajduję bez trudu, jestem już w końcu chyba czwarty raz na tym dworcu.

Zanim wsiądę w shinkansena, kupuję prowiant na podróż – praktyczne pudełko z sushi i słodycze z dodatkiem matchy. Oczywiście nie może zabraknąć mojej ulubionej niesłodzonej chłodzonej herbaty, automat na peronie oferuje kilkanaście rodzajów.

Mam jeszcze kilkanaście minut do odjazdu mojego pociągu, więc obserwuję, jak na peron co kilka minut podjeżdżają inne shinkanseny. Chwilę przed przyjazdem pociągu na peronie rozlega się radosna muzyka, potem pociąg nadjeżdża i zatrzymuje się tak precyzyjnie, że bramki w płotku zabezpieczającym peron pokrywają się co do centymentra z wejściami do wagonów. Jak już pisałam, drzwi do shinkansena są bardzo wąskie, dla drobnych Japończyków to nie problem, ale co bardziej rośli Europejczycy czy Amerykanie muszę się schylać, a czasami i nieco przeciskać. Pociąg stoi na peronie bardzo krótko, może z półtorej minuty.

Wsiadam w końcu do mojego shinkansena, rozsiadam się wygodnie. Czeka mnie nieco ponad 2,5 godz. jazdy, więc wyciągam prowiant i zaczynam próbować nowych specjałów.

Na pierwszy ogień idzie sushi z fermentowanej makreli zawinięte w liść persymony, lokalna specjalność z okolic Nary. Rybka jest fermentowana tylko trochę, ma delikatny kwaskowo-słony smak i wyraźny rybi zapach (ale w takim pozytywnym sensie) i smakuje tak dobrze, że nie potrzeba do tego nawet sosu sojowego. To dzięki liściom persymony, które nadają temu sushi dodatkowego aromatu. Dawniej ten sposób przygotowania sushi służył też do jego konserwacji, bo taniny zawarte w liściach chroniły potrawę przed zepsuciem.

Na deser mam gofry z herbatą matcha i karmelem – dosyć słodkie, ale pycha!! Kupiłam jeszcze batoniki KitKat z matchą, te jednak po spróbowaniu odstawiam – smak trochę nie z mojej bajki, dosyć taki fabryczny. Chyba powinnam w tym miejscu powiedzieć, że w Japonii jest też dużo innego rodzaju słodyczy, nie zawierających matchy, tylko na przykład owoce lub czekoladę. Na przykład KitKat ma całą paletę smaków, od truskawkowego przez dyniowy po sake. To tylko moja właśnie kiełkująca miłość do herbaty matcha spowodowała taki subiektywny wybór słodyczy (i tak mi już zostanie do końca podróży).

Czas na pierwsze podsumowania. Oczywiście wszystkie moje spostrzeżenia są bardzo powierzchowne, nie mogą być inne po kilku dniach w obcym kraju, bez znajomości języka i bez głębszego kontaktu z tubylcami. Ale czasami takie właśnie pierwsze wrażenia trafnie oddają to, co w danym miejscu jest najbardziej charakterystyczne, co je wyróżnia spośród innych miejsc. Im dłużej się gdzieś zostaje, im więcej osób i ich historii się poznaje, tym bardziej człowiek zaczyna różnicować, dzielić włos na czworo, dostrzegać, że generalnie coś jest, ale czasami jednak nie, a czasami tylko trochę, ale tylko pod pewnymi warunkami, itd. I ta charakterystyka miejsca się rozmywa, nie jest już taka uchwytna i dobitna jak na początku, aż w końcu człowiek dochodzi do wniosku, że generalnie wszędzie jest tak samo, ludzie mają takie same potrzeby i tęsknoty i strachy. Jak to jeden poeta powiedział, różnimy się jedynie tak bardzo podobnie.

Tak więc po kilku dniach podróży pozwalam sobie na takie ogólnikowe i naiwne spostrzeżenia, na które pewnie nie odważyłabym się po dłuższym pobycie:

Po pierwsze w Japonii jest się skonfrontowanym z bardzo radykalną kulturą służenia klientowi. Klient nasz pan, i to totalnie. W progu sklepu obsługa wita ukłonami, uśmiechami, pełnymi kurtuazji formułkami. W środku sprzedawca jest do dyspozycji, ale w bardzo nienachalny sposób. Jeśli chcesz o coś zapytać, jedno spojrzenie wystarczy, od razu ktoś ci pomoże. Jeśli chcesz w spokoju się po sklepie porozglądać, zostawią cię w spokoju. W restauracji kelner doleje herbaty dokładnie w tej sekundzie, kiedy opróżniłeś swój kubeczek. Jeśli tylko trzeba było chwilkę stanąć w kolejce, pierwsze co usłyszysz przy kasie to „dziękujemy za zaczekanie”. Kasjer lub jego pomocnik wszystko spakują w siateczki i wręczą zakupy wśród ukłonów, nawet jeśli to jest zwykły spożywczak, a w lepszym sklepie odprowadzą do drzwi albo i do końca ulicy. I to nie jest jakieś podlizywanie się czy służalczość, nie jest skierowane selektywnie do klientów o potencjalnie grubo wypchanym portfelu. To raczej chęć ofiarowania dobrego serwisu, dążenie do perfekcyjnego wykonania swojego zadania, którym w tym przypadku jest obsłużenie klienta.

Po drugie kultura harmonii. Przewaga kolektywu nad indywidualizmem. Dobro ogółu ponad dobrem jednostki. Czym się to objawia? Ludzie przestrzegają reguł. Nie wolno śmiecić, więc nikt nie rzuca śmieci na ziemię. Nie wolno przepychać się do autobusu, więc wszyscy stoją bardzo grzecznie w ogonku. Nie wolno hałasować i przeszkadzać innym, więc wszyscy starają się być cicho, nikt nie rozmawia przez telefon w pociągu i nie popycha innych ludzi, nawet w największym tłoku. I wszyscy są ubrani podobnie (no oczywiście poza różnymi subkulturami, ale to jest naprawdę wyjątek). Czytałam gdzieś, że to dopasowanie się japońskiego społeczeństwa do okoliczności zewnętrznych, ta rezygnacja z indywidualizmu, to efekt historii, bo przez wiele lat Japonią rządzili feudałowie, którzy za najmniejsze odstępstwa od ustanowionych przez siebie praw okrutnie karali poddanych. Ale nie wiem, czy nie jest to też po części strategia radzenia sobie z tak liczną populacją. Gdyby w miejscach z tak ogromną koncetracją ludzi każdy zaczął żyć po swojemu, skończyłoby się to raczej niewesoło.

Po trzecie niesamowita kultura wizualna. Przepiękne ogrody. Wysmakowana, minimalistyczna architektura. Obrazy, ryciny, zdjęcia, dekoracje wnętrz. Ale też estetyka w życiu codziennym, na przykład piękne opakowania – choćby to było pudełko zwykłych słodyczy, jest ono zapakowane w piękne zaprojektowany i świetnej jakości papier, pod którym znajduje się następny piękny papier, a pod nim piękne pudełko, w którym z niezwykłą dbałością ułożone są pojedyńcze sztuki, również indywidualnie zapakowane (pomijam kwestie ekologii, ale jeśli chodzi o estetykę, to jest to mistrzostwo świata). Piękne są również gesty, choćby to było wydawanie reszty w sklepie, to zawsze będzie ono z dbałością o pozycję każdego z palców, o zatoczenie dłońmi idealnego okręgu i o pochylenie ciała w należytym tempie i pod odpowiednim kątem. Samo pismo, składające się z trzech alfabetów, też uwrażliwia na rozmaite formy i kształty, którym przypisane są znaczenia, często bardzo wielopoziomowe.

Tak to sobie rozmyślałam, a za oknami shinkansena przemykał krajobraz, w tle przemknęła nawet święta góra Fuji. Mogłabym sobie tak jechać i dłużej, ale shinkansen jest szybki i dotarłam do Tokio zgodnie z rozkładem – nie można przecież po japońskim pociągu spodziewać się czegoś innego 🙂

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Japonia – Nara – Jak nie zobaczyłam wielkiego Buddy (ale za to spotkałam mitycznego pająka-kobietę)

W głowie ciągle jeszcze brzmi „You want it darker” Cohena, ale Nara wita mnie pięknym słonecznym porankiem. Wybieram się na zwiedzanie.

Nara to pierwsza stolica Japonii, stała się nią w roku 710 naszej ery. Miasto nie utrzymało tego statusu na długo, bo tylko do roku 794, i większość budowli z tamtego czasu nie zachowała się do dzisiaj, ale znajduje się tutaj kilka świątyń i innych budowli na tyle znaczących, że mają status dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Idę na piechotę, moim celem jest główny park Nary, bezpretensjonalnie nazwany „Nara Park” i położnona w nim świątynia Todaiji, skrywająca ponoć największy na świecie posąg Buddy wykonany z brązu.

Im bardziej zagłębiam się w park, tym więcej koło mnie przemyka sarnopodobnych zwierząt, wkrótce są one wszędzie. To święte daniele z Nary, wedle wierzeń shinto są one posłanninkami bogów. Czy są naprawdę takie święte to nie wiem, ale na pewno są dosyć bezczelne, bo łażą nie tylko po parku, ale także po ulicach i skrzyżowaniach i zaczepiają ludzi w nadziei na wysępienie jakiegoś smakołyku. Wzdłóż ulic stoją stragany, na których można kupić specjalne krakersy do karmienia danieli – jeśli tylko wyczują one, że ktoś właśnie otworzył paczuszkę, oblegają go natychmiast i dosyć namolnie dopominają się przysmaku.

W końcu dochodzę do małej uliczki usianej straganami i po brzegi wypełnionej przez turystów. Na końcu uliczki stoi południowa brama do świątyni Tōdai-ji, brama nazywa się Nandai-mon i jest moim zdaniem przepiękna.

Nara - Nandai-mon, czyli południowa brama świątyni Tōdai-ji

Nara – Nandai-mon, czyli południowa brama świątyni Tōdai-ji

 

Nara - Nandai-mon, czyli południowa brama świątyni Tōdai-ji

Nara – Nandai-mon, czyli południowa brama świątyni Tōdai-ji

Około 200 metrów za bramą Nandai-mon znajduje się wejście do na teren świątyni Tōdai-ji. Za wejście trzeba zapłacić, przed kasą długi sznur ludzi i instrukcje, żeby przez samą świątynię przechodzić żwawo, aby nie blokować ruchu turystycznego.  Szybko „lukam” na teren świątyni, wiele nie widzę, bo jest ona otoczona murem, widać tylko to, co się dzieje bezpośrednio przy wejsciu, ale ten widok mi wystarcza… Zdecydowanie nie mam ochoty stać pół godziny w kolejce po bilet, a potem kłębić się wśród ciżby i turystycznym galopem przemykać po świątyni, tylko po to, żeby zaliczyć kolejnego w moim życiu Buddę. Zdecydowanie nie jestem dzisiaj na to w nastroju, robię więc coś, co zapewne jest sennym koszmarem pracownika każdego szanującego się biura podróży (dlatego między innymi biur podróży unikam jak tylko mogę) – otóż odwracam się na pięcie i postanawiam, że zamiast spędzać następne dwie godziny w kolejce, ścisku i turystycznym stresie, wolę podelektować się pięknym jesiennym słońcem.

Nara - Świątynię Tōdai-ji zobaczyłam tylko z zewnątrz...

Nara – Świątynię Tōdai-ji zobaczyłam tylko z zewnątrz…

To była świetna decyzja. Dzięki temu mogłam w spokoju pospacerować po parku Nara i wreszcie zrozumiałam, o co tyle krzyku z tymi japońskimi parkami i ogrodami. Są przepiękne, i to nie tylko w porze kwitnienia wiśni.

Sprawdzając po internetach co to za pająka udało mi się sfotografować, dowiedziałam się nie tylko, że nazywa się on Nephila clavata, potrafi być sporych rozmiarów i jest w Japonii gatunkiem dosyć pospolitym. Okazało się również, że jest on w starych japońskich wierzeniach uosobieniem Jorōgumo, czyli kobiety-pająka, pięknej i groźnej, która omotuje swoją siecią kochanków, aby ich pożreć. Zainteresowanych odsyłam do świetnego wpisu o różnych wersjach legendy o Jorōgumo (super tekst i do tego ozdobiony pięknymi japońskimi ilustracjami).

Po takich wrażeniach estetycznych chciałabym jeszcze dopieścić podniebienie. W przewodniku na obrzeżu parku zaznaczona jest herbaciarnia, idę więc w tamtą stronę i trafiam w końcu do lokalu, co do którego nie do końca pewna jestem, czy to herbaciarnia, czy może też zwykła restauracja. Żeby jednak pozostać w temacie, zamawiam jako lokalną specjalność ryż w wywarze z herbaty, oczywiście jako setto, czyli zestaw.

Kuchnia japońska - setto, czyli zestaw. W roli głównej ryż w wywarze z czarnej herbaty.

Kuchnia japońska – setto, czyli zestaw. W roli głównej ryż w wywarze z czarnej herbaty.

Ryż w wywarze z herbaty taki sobie… za to to coś, co jest na zdjęciu w miseczce po prawej stronie – bomba! Zwłaszcza te paseczki czegoś fermentowanego i suszonego. Explozja smaku, słony, lekko kwaskowy, lekko alkoholowy, czekoladowy, umami. Do dzisiaj nie odkryłam, co to jest, a bardzo szkoda.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.