Marsylia z dzieckiem na weekend

Marsylia – nigdy nie miałam tego miejsca „na celowniku”, i trafiliśmy tam nieco z przypadku, ponieważ mąż miał w okolicy konferencję, a tym samym bilet lotniczy zafundowany przez firmę, więc postanowiliśmy wykorzystać okazję i spędzić rodzinny weekend w tym mieście. I to był strzał w dziesiątkę! Świetne miasto na krótki weendowy wypad!

Jeśli chodzi o przygotowania, to nie  szukaliśmy jakichś specjalnych atrakcji dedykowanych dzieciom – nasza (wtedy czteroletnia) córka jest przyzwyczajona do podróżowania i do przemieszczania się nawet na duże odległości na piechotę – Marsylia jest pod tym względem bardzo przyjazna, bo stare miasto jest dosyć kompaktowe i większość miejsc, które chcieliśmy odwiedzić leżała w odległości małego spaceru.

Oczywiście w planie dnia trzeba uwzględnić częste przerwy na odpoczynek i przekąski i trzeba dziecku dać możliwość fizycznego „wyszalenia się”, no i być otwartym na wyszukiwanie razem z dzieckiem rzeczy, które jemu się podobają i je interesują. Takie podejście bardzo dobrze u nas się sprawdza i tym razem także każdy z członków rodziny opuścił Marsylię po weekendzie bardzo zadowolony.

Tutaj opis, co dokładnie robiliśmy i co warto zobaczyć w Marsylii.

Zazwyczaj staramy się podczas podróży zatrzymywać się nie w hotelach, a raczej w apartamentach z kuchnią, tak też zrobiliśmy tym razem. Daje nam to możliwość swobodnego dostępu do czajnika, lodówki, itd, dzięki czemu nie musimy się przejmować tym, kiedy jest serwowane śniadanie, o każdej porze dnia i nocy możemy się napić świeżej herbaty lub zrobić przegryzkę dla dziecka.

Tym razem również zatrzymaliśmy się w apartamencie, położonym centralnie w starej części miasta tuż obok starego portu. Dzięki takiej lokalizacji mieliśmy możliwość wrócić do apartamentu między poszczególnymi punktami naszego zwiedzania, żeby trochę odsapnąć i na przykład zostawić zakupy.

Jedynym zgrzytem jeśli chodzi o zwiedzanie z dzieckiem Marsylii była sytuacja w restauracji w dość turystycznej części dzielnicy Le Panier. Chcieliśmy tam zjeść obiad, a ponieważ nasze dziecko nie przejawiało akurat objawów wielkiego głodu, chcieliśmy zamówić dwa dania dla nas dorosłych i podzielić się z córką – to jest dla nas normalny sposób jedzenia w restauracjach, kiedy idziemy do nich całą rodziną. Niestety kelner poinformował nas, że w restauracji KAŻDY musi coś zamówić, nawet dziecko. Wobec tego poprosiliśmy dla córki o sałatkę owocową, która była w karcie w sekcji deserów, co spotkało się z kategoryczną odmową ze strony kelnera, ponieważ deser to nie jest normalny posiłek. Pan kelner dał nam do zrozumienia, że nie obsłuży nas, dopóki nie zamówimy jeszcze czegoś konkretnego dla dziecka, bo blokujemy dodatkowe miejsce, które „nie konsumuje”. Dodam, że restauracja była prawie pusta. Wobec takiej obcesowej postawy kelnera nie pozostało nam nic innego, jak opuścić tę restaurację. Słyszałam już historie o francuskich kelnerach, którzy zadzierają nosa, ale do tej pory myślałam, że to tylko takie stereotypy. No cóż… Nie udało nam się popróbować takiej typowej francuskiej kuchni z wyższej półki, ale za to we wszystkich innych miejscach, jak kawiarnie, boulangerie i bistra obsługiwano nas w miły sposób.

Japonia – planowanie podróży

Nie jestem typem planującym z góry podróż w każdym szczególe. Lubię być spontaniczna, zostać dłużej, gdzie mi się podoba i zwinąć się szybko jeśli nie jest fajnie. W moich dotychczasowych podróżach po Azji zazwyczaj nie planowałam na dłużej, niż 3 dni do przodu. Czasem prowadziło to do tego, że lądowałam w jakichś okropnych miejscach, czasem poznawałam wspaniałych ludzi, ale zawsze zostawały mi z tego niezapomniane wrażenia.

No i też nie do końca interesują mnie takie klasyczne cele turystyczne. Owszem, nie pogardzę świątynią czy muzeum, ale najbardziej lubię włóczyć się po ulicach, podglądać ludzi, chłonąć atmosferę miejsca i pozwolić sytuacjom spontanicznie się rozwijać. Tak, wiem, tacy turyści jak ja są zmorą każdego biura podróży… (dlatego staram się biura podróży omijać szerokim łukiem).

Tym razem jednak dosyć szybko dotarło do mnie, że Japonia działa na nieco innych zasadach niż reszta Azji, zwłaszcza w temacie hoteli. Jeśli nie chcę wylądować pod mostem ani przepuścić rocznej pensji, powinnam zarezerwować noclegi wcześniej.

Ale jak tu się zdecydować, nie mając szczegółowej znajomości kraju, a do wyboru tyle opcji? Studiuję przewodnik i internet, w końcu postanawiam przez pierwszy tydzień wykorzystać Japan Rail Pass, a drugi tydzień spędzić bardziej stacjonarnie w Tokio. Ponieważ ta podróż będzie raczej na zasadach „slow travelling”, na pierwszy tydzien wybieram tylko dwa miasta: Kioto i Narę, z opcją zobaczenia jeszcze Osaki lub Himeji, jeśli będę chciała, bo z Kioto lub Nary można się tam szybko dostać. Jeśli Tokio mi się znudzi, to też mogę sobie jeszcze gdzieś wyjechać poza miasto.

Czasu na jakieś wielkie przygotowania nie mam, więc tylko sprawdzam dokumenty, szczepienia, zamawiam talon na JR Pass, kupuję plecak i nowy adapter do gniazdek elektrycznych. I już czas się pakować.

Jak przed każdą dużą podróżą ogarnia mnie lekkie zdenerwowanie i coś w rodzaju tremy, trochę jak przed pierwszą randką. Tym razem to uczucie jest nieco silniejsze niż normalnie, może dlatego, że jadę sama, może dlatego, że wydaje mi się, że trochę wyszłam z wprawy w podróżowaniu. Czy sobię na pewno ze wszystkim dam radę? Czy będzie mi się podobało, czy będzie warto? No i przede wszystkim, czy w ogóle powinnam jechać, czy mąż i dziecko sobie poradzą, czy to w porządku tak ich zostawiać?

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.