Tokio – park Ueno

Będąc w dzielnicy Ueno nie wypada nie zahaczyć o Park Ueno, tak przynajmniej twierdziły studiowane przeze mnie przewodniki. Wpadłam więc i ja.

Powiem tak: park ładny, kilka urokliwych zakamarków się znajdzie, ale szału wielkiego nie ma. Z każdego miejsca widać otaczające go wieżowce, a w miejscu, gdzie miało być jezioro pokryte nenufarami, była tylko ogromna połać pokrytych wyschniętym błotem badyli.

W parku Ueno rośnie ponad 1000 drzew wiśniowych, które w okresie kwitnienia przyciągają lokalsów i turystów. Z parkiem graniczy też zoo, a jego główną atrakcją są misie panda (symbol normalizacji stosunków z Chinami), ale do zoo się nie wybrałam.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – spacer po dzielnicy Ueno

Po spełnieniu kulturalnego obowiązku w Muzeum Narodowym postanowiłam, że mogę się powałęsać po okolicy. Szłam sobie gdzie mnie nogi poniosły, a najpierw poniosły mnie do przeuroczej herbaciarni, rzut beretem od muzeum.

Herbaciarnia z zewnątrz bardzo niepozorna, za to w środku raj dla miłośników japońskiej herbaty. Przytulne wnętrze, witryna z wagashi tak pięknymi, że aż szkoda jeść, długi stół przy oknie, przy którym wspólnie siedzą goście i delektują się swoją filiżanką matchy.

Po tych prawie mistycznych herbacianym przeżyciach, tutaj jeszcze kilka zdjęć z mojej włóczęgi po dzielnicy Ueno.  Ueno to pierwotnie dzielnica robotników i rzemieślników, stąd małe i skromne domki i wąziutkie uliczki. Ostatnio ponoć przeżywa boom, z racji swojego dogodnego położenia blisko centrum, ale ciągle jeszcze nie straciła swojego pierwotnego, urokliwego charakteru.

Tokio – spacer nad rzeką Sumida

Ponieważ „zaliczyłam” już dzisiaj jeden zabytek, więc w myśl zasady slow travelling pod wieczór postanowiłam pospacerować sobie bez celu nad rzeką Sumidą i zahaczyć o dzielnicę na drugim brzegu, która też nazywa się Sumida.

I jak to często w moim przypadku bywa, takie bezcelowe wycieczki prowadzą do fantastycznych odkryć. Tym razem okazało się, że odkryłam moje własne, prywatne miejsce mocy. Pisałam już o tym w poście o świątyni Fushimi Inari w Kioto, że są takie miejsca, w których w szczególny sposób czujemy związek z ziemią, z energią wszechświata, z sobą samym. Są miejsca, które większość ludzi uznaje za miejsca mocy, ale ja wierzę, że każdy ma też swoje własne, subiektywnie odczuwane miejsca mocy. Nie muszą one być nawet jakoś specjalnie piękne, niekoniecznie muszą być nawet umiejscowione w naturze. Tak jak w przypadku mojego dzisiejszego spaceru: owszem, jest element natury w postaci rzeki, ale cała reszta to masy betonu i stali, a mimo to czułam to dziwne, niemal magiczne przyciąganie. Miałam bardzo klarowną świadomość TU i TERAZ, a jednocześnie czułam się malutką cząstką wielkiego wszechświata…

Zanim zrobi się zbyt ezoterycznie, tutaj kilka zdjęć z mojego spaceru:

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.