Japonia – Kioto – Świątynie buddyjskie: Kōshō-ji, Nishihongan-ji i Higashihonganji

Czas coś pozwiedzać 🙂 Wczoraj byłam w mojej pierwszej świątyni shinto, więc dzisiaj decyduję się na świątynie buddyjskie, ale wybór konkretnej jest trudny. W Kioto świątyń jest multum, podejrzewam, że więcej niż kościołów w Krakowie… W końcu dochodzę do wniosku, że nie mam ochoty na te opisywane w przewodniku jako najbardziej znane, bo będzie tam zatrzęsienie turystów, a jakoś dzisiaj nie jestem w nastroju na wtapianie się w rozentuzjazmowany tłum. Wybieram więc nieco mniej znane świątynie znajdujące się w niewielkim oddaleniu od dworca, tak że będę sobie tam mogła dotrzeć spokojnym spacerkiem.

Najpierw chcę odwiedzić świątynię Kōshō-ji. Po drodze natrafiam na taki sklep 🙂

Kioto - sklep z akcesoriami tanecznymi
Kioto – sklep z akcesoriami tanecznymi

Stroje i akcesoria taneczne! Moje serce tancerki bije mocniej 🙂 Zaglądam oczywiście do środka. Miło byłoby przywieźć z Japonii jakiś fajny taneczny gadżet. Oglądam stroje treningowe i akcesoria. Niestety zdaje się, że grupa docelowa tego sklepu to początkujący tancerze, a ja jestem już raczej bardziej wymagająca jeśli chodzi o jakość, tak że nie znajduję nic dla siebie. Może coś bym od biedy wybrała z drobnych akcesoriów, ale takiej drobnicy mam już od groma, więc rezygnuję z zakupów.

Docieram w końcu do świątyni Kōshō-ji. Rzeczywiście nie ma tu turystów. Prawie nikogo nie ma. Po dziedzińcu przemyka tylko kilku lokalsów, którzy są tutaj najwidoczniej w celach religijnych a nie turystycznych.

Struktura mniej więcej podobna do tego, co widziałam w innych świątyniach buddyjskich: główne wejście z ozdobną bramą, dziedziniec, miejsce do palenia kadzideł, główna świątynia mieszcząca świętą część oddzieloną od części dla wiernych drewnianą balustradką.

Pierwsze skojarzenie: jaka ta architektura jest męska w charakterze! W porównianiu z bajecznie kolorowymi i pełnymi ornamentów budynkami świątyń, jakie widziałam Chinach i Tajlandii, architektura tej świątyni jest bardzo surowa i oszczędna. No właśnie taka męska.

 

Kioto, buddyjska świątynia Kōshō-ji - widok na dziedziniec
Kioto, buddyjska świątynia Kōshō-ji – widok na dziedziniec

 

Kioto, świątynia Kōshō-ji - misternie zdobiony dach
Kioto, świątynia Kōshō-ji – misternie zdobiony dach

Aby wejść do środka, należy zdjąć buty. W skarpetkach wchodzę na galerię otaczającą główny budynek swiątyni.

 

Kioto, świątynia Kōshō-ji, drewniana galeria otaczająca główny budynek
Kioto, świątynia Kōshō-ji, drewniana galeria otaczająca główny budynek

Przesuwam drewniane drzwi z papierowymi „szybkami” (tak, właśnie takie, jakie sobie wyobrażamy myśląc o Japonii – zazwyczaj mamy wtedy na myśli styl shoin, a te drzwi nazywają się shōji) i wchodzę do środka. Jestem sama. Jest bardzo cicho. W spokoju chłonę atmosferę tego miejsca.

Kioto, świątynia Kōshō-ji - drzwi w stylu shoin
Kioto, świątynia Kōshō-ji – drzwi w stylu shoin

Pierwszego wrażenia dostarczają moje stopy odziane tylko w skarpetki. Jest wyraźny kontrast, bo na na zewnętrznej galerii pod stopami było zimne i twarde drewno, a tutaj, na macie tatami jest miękko i zdecydowanie cieplej.

Siadam na macie, dotykam tej gładkiej, lekko elastycznej struktury, wdycham jej zapach. Niespodziewanie przychodzi wspomnienie z dzieciństwa, zapach i faktura słomianki, która wisiała na ścianie koło mojego łóżka (może ktoś jeszcze pamięta, że w PRL-u wieszało się za łóżkiem słomianki, żeby chroniły przed chłodem ściany).

Kioto, świątynia Kōshō-ji - podłoga wyłożona matą tatami
Kioto, świątynia Kōshō-ji – podłoga wyłożona matą tatami

Rozglądam się po świątyni. Ta sama oszczędna estetyka co na zewnątrz, kolory utrzymane w tonacji brązowo-biało-złotej, gdzieniegdzie elementy niebieskie:

Kioto, świątynia Kōshō-ji, hala główna świątyni
Kioto, świątynia Kōshō-ji, hala główna świątyni

 

Kioto, świątynia Kōshō-ji
Kioto, świątynia Kōshō-ji

Siedzę w tej świątyni przez dłuższą chwilę i nie wiem, co o tym wszystkim sądzić. Podoba mi się, czy nie? Znowu zderzenie oczekiwań z wielce od nich odmiennym stanem faktycznym.

Wychodzę na zewnątrz, łapię jeszcze taki widoczek na jeden z budynków sąsiadujących ze świątynią:

Kioto, widok z galerii świątyni Kōshō-ji
Kioto, widok z galerii świątyni Kōshō-ji

Czas na drugą świątynię, Nishihongan-ji, która bezpośrednio sąsiaduje z Kōshō-ji i przez wielu ludzi jest traktowana jako jedna świątynia. Nishihongan-ji nie zrobiła na mnie wrażenia – może dlatego, że była bardzo podobna do Kōshō-ji, a może moje zmysły już były zmęczone od intensywnych wrażeń w poprzedniej świątyni. Głównie pospacerowałam po terenie świątyni, ale nie odkryłam dla siebie nic bardzo ciekawego, dlatego zdjęć też mam niewiele.

Kioto, świątynia Nishihongan-ji, jedna z bram prowadzących do świątyni
Kioto, świątynia Nishihongan-ji, jedna z bram prowadzących do świątyni

Jedyne, na co zwróciłam uwagę, to dach częściowo zrobiony z naturalnego pokrycia, nie jestem pewna, czy to był jakiś rodzaj sitowia, czy innej rośliny:

Kioto, świątynia Nishihongan-ji
Kioto, świątynia Nishihongan-ji
Kioto, świątynia Nishihongan-ji
Kioto, świątynia Nishihongan-ji

 

No i oczywiście ozdobne wykończenia dachów i dachówki z symbolami świątyni:

Kioto, świątynia Nishihongan-ji
Kioto, świątynia Nishihongan-ji

I jeszcze taki uroczy płotek z bambusa:

Kioto, świątynia Nishihongan-ji - bambusowy płotek
Kioto, świątynia Nishihongan-ji – bambusowy płotek

 

Na koniec zachodzę do oddalonej kilka minut spacerkiem świątyni Higashihonganji. Trafiam na jakieś większe święto, bo budynki otoczone są przez panie i panów pilnujących porządku i nie wpuszczających nikogo do świątyni. Można za to obejrzeć na ekranach monitorów, co dzieje się w środku – ceremonia ze sporą ilością duchownych i wiernych, z piękną muzyką.

Na zewnątrz chryzantemy – taki swojski dla Polaków widok, ale jednak bardzo japoński. Nam się Japonia głównie kojarzy z kwiatami wiśni, ale chryzantema jest również bardzo typowym japońskim kwiatem, o konotacjach kulturowych chyba jeszcze bogatszych niż wiśnia. Chryzantema (po japońsku zwana kiku) jest dla Japończyków symbolem długowieczności i stała się oficjalnym znakiem rodziny cesarskiej – jest ozdobą insygniów koronacyjnych i oficjalnych cesarskich pieczęci. Stylizowana chryzantema zdobi też japońskie paszporty i monety 50-cio jenowe, a jej niezliczone wariacje można znaleźć na tkaninach, obrazach, sztuce użytkowej. Białe chryzantemy zdobią ceremonie pogrzebowe i nagrobki, a czerwone chryzantemy ofiarowuje się osobie, którą darzy się dużą sympatią. Dla zainteresowanych artykuł o chryzantemach jako symbolu Japonii (artykuł po angielsku, ale można też popatrzeć na piękne ilustracje)

Japonia - chryzantemy, symbol rodziny cesarskiej
Japonia – chryzantemy, symbol rodziny cesarskiej

 

Kioto – Targ Nishiki i świątynia Nishiki Tenman-gū

Po zwiedzaniu twierdzy Nijo stwierdzam, że na pierwszy dzień już dość architektury i zabytków i dlatego decyduję się odwiedzić targ Nishiki. Docieram tam na piechotę w kilkanaście minut, tym razem bez błądzenia, bo co chwila spoglądam na niebieski punkcik przesuwający się po mapie na moim telefonie. Przed wejściem na teren bazaru tylko chwila zawachania, czy to aby na pewno tu, bo atrakcja opisana w przewodniku jako „must have”, a wejście takie bardzo niepozorne, jakby to było na tyłach jakiegoś fabrycznego magazynu. Za to w środku bardzo przyjemny, mniej więcej 400-metrowy zadaszony pasaż z mnóstwem fajnych sklepików i garkuchni.

Kioto, targ Nishiki
Kioto, targ Nishiki
Japonia - Kioto - Targ Nishiki
Japonia – Kioto – Targ Nishiki – sufit pasażu udekorowany jest takimi pięknymi tkaninami

Na targu Nishiki zakupy robią kucharze z wykwintnych restauracji i gospodynie domowe, do tego oczywiście sporo turystów. Malutkie sklepiki pełne są różnorakich specjałów.

Kioto, targ Nishiki
Kioto, targ Nishiki

Na jednym ze stoisk z rybami rozpoznaję moich znajomych z poprzedniego wieczoru, maluteńkie larwy ryb, tutaj jeszcze w formie surowej. Zdaje się, że jest to jeden ze specjałów Kioto, bo można je tu dostać w wielu przedziałach cenowych i w różnej wielkości.

Kioto, targ Nishiki
Kioto, targ Nishiki

Odkrywam sflaczałe ogórki (a może cukinie) i inne warzywa pokryte dziwnie pachnącą brązową ciapają. Później w hotelu doczytam, że są one marynowane w sfermentowanych łupinach ryżu, które zostały po produkcji sake.

Kioto, targ Nishiki, warzywa marynowane w sfermetowanych łupinach ryżu
Kioto, targ Nishiki, warzywa marynowane w sfermetowanych łupinach ryżu

Oczywiście nie może zabraknąć słodyczy z matchą:

Kioto, targ Nishiki, słodycze z matchą
Kioto, targ Nishiki, słodycze z matchą

Pomału zaczynam być głodna, ale chodzę od jednej garkuchni do drugiej i nie mogę się zdecydować, co przekąsić, bo co jedna potrawa to ciekawsza. Najfajniej wyglądają małe ośmiorniczki serwowane jak lizaki na patyku, ale w końcu postanawiam zastosować wypróbowaną metodę i zdać się na „mądrość tłumu”,  ustawiam się więc w najdłuższej kolejce. Do jedzenia dostaję coś pomiędzy omletem warzywnym a plackiem ziemniaczanym. Później doczytuję, że jadłam „okonomiyaki”, potrawę zrobioną głównie z jajek, mąki, kapusty, z dodatkiem innych warzyw lub mięsa, w zależności od regionu i przepisu (wolne tłumaczenie okonomiyaki to „smaż, co lubisz”, co chyba dobrze oddaje charakter tej potrawy). Zdjęcia nie zrobiłam, bo najpierw byłam zbyt głodna, a potem zbyt zajęta jedzeniem 🙂 Kto chce, może sprawdzić u wujka gugla.

Oprócz żywności na targu Nishiki zaopatrzyć się można w mnóstwo pięknych i użytecznych przedmiotów, od akcesoriów kuchennych i herbacianych, noży, ceramiki, biżuterii, po parasole. Wszystko pięknie poukładane, dbałość o estetykę widoczna na każdym kroku.

Kioto, targ Nishiki, podstawki do pałeczek
Kioto, targ Nishiki, podstawki do pałeczek

Jeśli ktoś chce sobie przywieźć z Japonii na pamiątkę pałeczki, to ich zakup na targu Nishiki jest bardzo dobrym pomysłem, wybór jest przeogromny i można nawet wygrawerować na nich coś osobistego.

Kioto, targ Nishiki, pałeczki
Kioto, targ Nishiki, pałeczki

Po raz pierwszy zetknęłam się też tutaj z chustkami furoshiki. Czytałam o nich już przed przyjazdem do Japonii, ale nie miałam pojęcia, że furoshiki są tu obecne na każdym kroku i praktycznie nie można przejść stu metrów, żeby nie natknąć się na jakąś sklepową wystawkę z nimi. Furoshiki to chustki, różnej wielkości, od takiej naszej chusteczki do nosa, po takie mniej więcej metr na metr. Są też różnej jakości, zwykłe bawełniane, tetrowe, frotowe, satynowe, jedwabne. Mają przeróżne wzory i takowoż przeróżne zastosowanie: można je nosić jako apaszkę, przy pomocy kilku węzełków przemienić w torebkę, przewiązać czoło, aby chroniła oczy od potu podczas ciężkiej pracy, zapakować prezent, używać jako ręcznika do rąk lub obrusa, powiesić na ścianie zamiast obrazu. Japończycy kochają furoshiki.

Kioto, targ Nishiki, chustki furoshiki
Kioto, targ Nishiki, chustki furoshiki

Targ Nishiki łączy się na jednym końcu z również zadaszonym pasażem handlowym, a na styku tych dwóch pasaży przypadkowo odkrywam niepozorne wejście do małej świątyni shinto, o nazwie Nishiki Tenman-gū. Shinto to rdzenna religia japońska, oparta na pierwotnej mitologii, animalistyczna i cechująca się dużą dowolnością wierzeń. Kogo to bardziej interesuje, tutaj artykuł o shintoizmie.

Jest to pierwsza świątynia shinto, jaką odwiedzam. Niewiedząc czego się spodziewać, trochę onieśmielona, wchodzę na teren świątyni i już po kilku chwilach wiem, że bardzo mi się podoba 🙂

Dziedziniec malutki, ozdobiony mnóstwem papierowych latarni:

Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū

W rogu mała studzienka do rytualnego oczyszczenia:

Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū

Odświętnie ozdobiony byk, ważna postać w jednym z odłamów shinto:

Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū

Modlitwy spisane na kartkach i zawiązane na przygotowanych do tego stojakach:

Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū

Jakby nie dosyć było japońskiego klimatu, pojawiają się jeszcze dziewczyny ubrane w tradycyjne stroje jukata (uproszczona, bardziej codzienna i tańsza wersja kimona):

Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū, Japonki w tradycyjnych strojach
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū, Japonki w tradycyjnych strojach
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū, Japonki w tradycyjnych strojach
Kioto, Nishiki, świątynia Tenman-gū, Japonki w tradycyjnych strojach

Po wyjściu ze świątyni włóczę się jeszcze trochę po pasażu handlowym, oglądam wystawy, zachodzę do sklepów z różnościami i jeszcze kilka razy natykam się na dziewczyny wystrojone w kolorowe jukaty:

Kioto, targ Nishiki - Japonki w tradycyjnych strojach
Kioto, targ Nishiki – Japonki w tradycyjnych strojach

 

Kioto, targ Nishiki - Japonki w tradycyjnych strojach
Kioto, targ Nishiki – Japonki w tradycyjnych strojach

Podziwiam też witryny restauracji i już wiem, że nie będę tu miała większych problemów gastronomicznych. Pragmatyczni Japończycy przy wejściu do praktycznie każdej restauracji i cukierni mają witrynę z wystawionymi na niej dokładnymi silikonowymi replikami dań, które są w tej restauracji lub cukierni serwowane, włącznie z napojami. I nie jest robione na użytek turystów, po prostu to jest ich sposób na reklamę lokalu i też swego rodzaju karta dań.

Japonia, witryna restauracji z makietami potraw
Japonia, witryna restauracji z makietami potraw

 

Japonia - silikonowa atrapa słodyczy
Japonia – targ Nishiki – silikonowa atrapa słodyczy na wystawie cukierni

Ja dzisiaj na odwiedzenie restauracji się nie decyduję. Zachodzę za to do pobliskiej galerii handlowej Daimaru, gdzie w podziemiach znajduje się kolejny przeogromny areał z najróżniejszymi kulinarnymi specjałami. Nazwać to food courtem byłoby nieadekwatne, jest to raczej gastronomiczna orgia. O ile targ Nishiki oferuje żywność raczej tradycyjną i lokalną, w Daimaru znaleźć można ciągnące się w nieskończoność stoiska z delikatesami ze wszystkich zakątków świata.

Od tych wszystkich specjałó w końcu zaczyna mi burczeć w brzuchu, więc w jednym z lokali food courtu zamawiam sobie taki zestaw:

Kuchnia Japońska - zestaw obiadowy, w roli głównej yuba, czyli kożuch z tofu
Kuchnia Japońska – zestaw obiadowy, w roli głównej yuba, czyli kożuch z tofu

Zamawianie jedzenia w lokalach jest w Japonii naprawdę łatwe, bo w większości menu zawiera gotowe kompozycje posiłków (tzw. „setto”, od angielskiego „set”, czyli zestaw). Zestawy są też zazwyczaj sfotografowane w menu, więc można od biedy pokazać palcem na ten wybrany. Płacenie w restauracji też jest proste, bo od razu z jedzeniem dostaje się na stolik karteczkę z  rachunkiem, który trzeba po zjedzeniu uregulować przy kasie znajdującej się przy wyjściu. W Japońskich restauracjach nie daje się napiwków.

Podobnie jak pudełko bento, zestaw obiadowy jest ułożony tak, aby zapewnić podniebieniu różnorodność doznań smakowych. W zestawie powinno się znaleźć coś ciepłego, coś zimnego, coś miękkiego i chrupiącego, smaki słony, słodki, kwaśny, umami, ostry, itd. Wszystko oczywiście podane w maksymalnie estetyczny sposób, z dbałością o każdy szczegół.

 W moim zestawie jest lokalna specjalność Kioto o nazwie „yuba”, czyli kożuch tworzący się na mleku sojowym w trakcie procesu wytwarzania tofu. Yuba ma kremową konsystencję (trochę jak bardziej gęste zsiadłe mleko), a smak bardzo neutralny, taki jak delikatne tofu.

Przy okazji rozwiewa się moja największa obawa, jaką miałam wybierając się w tę podróż: a mianowicie o ile bardzo lubię się włóczyć sama po nowych miejscach, o tyle bardzo nie przepadam za samotnym jedzeniem w restauracjach, zwłaszcza, jeśli wszyscy wokół mnie stołują się w mniejszych lub większych grupach. To takie dziwne i nieracjonalne uczucie, że coś ze mną chyba musi być nie tak, że nie przystaję do reszty gości w lokalu. A tutaj w Kioto (i zresztą później też, do końca podróży) jedząc samotnie nie byłam żadnym wyjątkiem od reguły, a wręcz przeciwnie, bardzo dobrze wpisywałam się w trend. W porze obiadowej większość gości w lokalach je w pojedynkę, a w porze kolacyjnej ciągle jeszcze przynajmniej jedna trzecia siedzi przy stolikach sama.

Posilona, kontynuuję zwiedzanie delikatesów. Najbardziej ciągnie mnie teraz do słodyczy i nabywam takie oto cudowne ciasto z matchą. Połączenie ciemnej czekolady, śmietankowego kremu i charakterystycznego smaku herbaty matcha jest przepyszne, powoli zaczynam się zakochiwać w tej niezwykłej herbacie i potrawach z jej dodatkiem.

Japońskie słodycze: ciasto z matchą
Japońskie słodycze: ciasto z matchą

Dzisiejszą wyprawę po mieście kończę w pobliskim kombini, czyli  japońskim sklepie wielobranżowym, ale o kombini będzie w jednym z następnych  wpisów.

Japonia – Kioto – twierdza Nijo

Jest zimno, chwilami zacina drobny deszczyk, zastanawiam się, co by tu zwiedzić na początek. Co ma Kioto, czego nie ma gdzie indziej? Muzeum mangi. O mandze nie wiem praktycznie nic, a pogoda w sam raz na atrakcje indorowe, więc decyzja zapada szybko.

Według mapy odległość jest niewielka, i faktycznie, po kilkunastu minutach spokojnego spacerku stoję przed bramą muzeum. I tu nieprzyjemna niespodzianka, bo muzeum zamknięte jest w środy. A dzisiaj jest środa. Sprawdzam w przewodniku, faktycznie, informacja jest i tam. Gapa ja. No nic to, zwalam to na karb jetlegu.

Sprawdzam na mapie, że rzut beretem od muzeum mangi jest twierdza Nijo, która też należy do ważniejszych zabytków w Kioto. No dobra, obejrzymy sobie, japońskiej twierdzy jeszcze nigdy nie widziałam.

Skręcam w kierunku, który według mnie miał być tym właściwym. Idę w przekonaniu, że za góra pięć minut będę na miejscu. Po pół godzinie i dwukrotnym przejściu przez to samo skrzyżowanie dociera do mnie, że się zgubiłam. Podejrzewam, że pomyliłam kierunki pod wpływem ruchu lewostronnego, do którego jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Na szczęście wraz z kolejną myślą przychodzi olśnienie, że mamy rok 2016 i nie muszę się użerać z papierową mapą, przecież mam google maps i GPSa. Włączam odpowiednią appkę i faktycznie już bez błądzenia dochodzę do twierdzy Nijo.

Pierwsze wrażenie niezbyt pozytywne, bo teren głównego wejścia znajduje się właśnie w renowacji i jest zasłonięty rusztowaniami. Ale za to po raz pierwszy z bliska mam okazję podziwiać takie elegantki w tradycyjnych strojach, koniecznie z białymi skarpetkami z jednym palcem i w klapeczkach (no i już wiadomo, dlaczego te klapeczki nazywają się „japonki”, hihihi). I przy okazji od razu mówię, że te stroje, które mają na sobie te panie, to nie kimona, tylko ich uproszczona, tańsza wersja nazywana jukata.

Japonki w tradycyjnych strojach jukata
Japonki w tradycyjnych strojach jukata

Twierdza Nijo to dawna rezydencja shogunów w Kioto, zbudowana w 17-tym wieku przez shoguna Tokugawę, który był w tym czasie faktycznym władcą Japonii (dla zainteresowanych tutaj do poczytania dokładna historia twierdzy Nijo). Twierdza pełniła wprawdzie funkcje obronne, ale przede wszystkim też reprezentacyjne. Zwiedzać można część mieszkalną, która składa się z komnat, w których shogun udzielał audiencji i z pomieszczeń prywatnych. Przed wejściem trzeba po pierwsze zostawić ewentualny parasol w takiej fikuśnej skrytce zamykanej na kluczyk, a po drugiej zdjąć buty – wnętrza zwiedza się w samych skarpetkach.

Japońskie fikuśne skrytki na parasole
Japońskie fikuśne skrytki na parasole zamykane na kluczyk

 

Japonia - szał Pokemon Go dotarł i tutaj
Japonia – szał Pokemon Go dotarł i tutaj

W środku nie można robić zdjęć, oczywiście próbowałam, ale natychmiast zmaterializowała się obok mnie pani kustoszka i uprzejmie ale stanowczo przypomniała o zakazie. Rezydencja shoguna składa się z kilku pomieszczeń rozmieszczonych wzdłuż łączącego je korytarza. Pomieszczenia są w zasadzie prawie puste, ich ozdobą i główną atrakcją tego miejsca są malowidła na ścianach. Malowidła są ładne w różnych stylach i dopasowane są do celów danego pomieszczenia (demonstracja siły w komnatach do audiencji, relaks w pomieszczeniach prywatnych) – generalnie odpowiadają temu, co przeciętny europejczyk wyobraża sobie na temat sztuki japońskiej: jakieś żurawie, tygrysy, krajobrazy z bambusem i kwitnącymi drzewami… Mnie najbardziej utkwił w pamięci bardzo przyjemny zapach drewna, z którego zbudowane były podłoga, ściany i nieliczne meble oraz dźwięk podłogi, która pod wpływem ciężaru przemieszczającego się po niej człowieka wydawała delikatne, ale bardzo wyraźnie słyszalne dźwięki. To jest tak zwana podłoga słowicza, albo śpiewająca podłoga – zaprojektowana tak, aby pod wpływem nacisku specjalne gwoździe wydawały dźwięk podobny do ćwierkania ptaków. Miało to ostrzegać shoguna przed niepostrzeżonym wtargnięciem wrogów.

Oprócz części mieszkalnej jest jeszcze część obronna i wygląda ona z zewnątrz tak:

Japonia - Kioto - Twierdza Nijo - widok z zewnątrz
Japonia – Kioto – Twierdza Nijo – widok z zewnątrz

Część obronna otoczona jest fosą, nad którą przerzucone są drewniane mostki:

 

Japonia - Kioto - Twierdza Nijo otoczona fosą z typowym japońskim drewnianym mostkiem
Japonia – Kioto – Twierdza Nijo otoczona fosą z typowym japońskim drewnianym mostkiem

Na terenie twierdzy znajduje się park, ładny i zadbany, ale ja chodziłam po nim nieco rozczarowana, bo i park i cała twierdza są… no właśnie, ładne i zadbane, ale spodziewałam się większych fajerwerków, czegoś naprawdę odjechanego. Takie śmieszne nastawienie, że jak się już jedzie na drugi koniec świata, a już zwłaszcza do takiego mitycznego kraju jak Japonia, to każda atrakcja musi być mega egzotyczna, zakręcona, balansująca na granicy kiczu i szaleństwa… A tutaj nagle prostota, elegancja i wizualny minimalizm… Pierwszego dnia zwiedzania jeszcze nie mogę sobie z tym poradzić, w starciu oczekiwań z rzeczywistością na razie bilans jest delikatnie negatywny…