Tokio – park Ueno

Będąc w dzielnicy Ueno nie wypada nie zahaczyć o Park Ueno, tak przynajmniej twierdziły studiowane przeze mnie przewodniki. Wpadłam więc i ja.

Powiem tak: park ładny, kilka urokliwych zakamarków się znajdzie, ale szału wielkiego nie ma. Z każdego miejsca widać otaczające go wieżowce, a w miejscu, gdzie miało być jezioro pokryte nenufarami, była tylko ogromna połać pokrytych wyschniętym błotem badyli.

W parku Ueno rośnie ponad 1000 drzew wiśniowych, które w okresie kwitnienia przyciągają lokalsów i turystów. Z parkiem graniczy też zoo, a jego główną atrakcją są misie panda (symbol normalizacji stosunków z Chinami), ale do zoo się nie wybrałam.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – Muzeum Narodowe (Tokyo National Museum)

Nieco z poczucia obowiązku wybrałam się do położonego w dzielnicy Ueno tokijskiego Muzeum Narodowego, no bo przecież trochę kultury liznąć wypada.

Może wyjdę na ignorantkę, ale powiem szczerze, że muzeum mnie nie zachwyciło. Owszem, bogate zbiory kimon, drzeworytów, rozmaitych przedmiotów i archeologicznych „skorup” – dla znawców i miłośników to zapewne kopalnia wiedzy. Ale ja nie jestem fanem oszklonych gablotek i kilometrowych suchych opisów, kto to kiedy wykonał i jaką techniką i w jakim stylu. Jedyną rzeczą, która mnie bardziej zainteresowała, to kilka starych oryginalnych domków służących dawniej za herbaciarnie – taki miniaturowy skansen w ogrodach na tyłach muzeum. Domki są niestety zamknięte, nie można nawet zajrzeć do środka i nie ma żadnych opisów. Na dokładkę, przy co ciekawszych eksponatach obowiązuje zakaz robienia zdjęć, nie tylko z lampą błyskową, lecz w ogóle, i nie da się tego obejść, bo ochrona jest bardzo spostrzegawcza i stanowcza. Dlatego poniżej tylko kilka fotek z impresjami, ale bez większej wartości dokumentalnej 🙂

Wizyta w Muzeum Narodowym opłaciła się o tyle, że w muzealnym sklepiku wyszperałam piękny drzeworyt przedstawiający japońską piękność serwującą herbatę. Ten drzeworyt jest dokładną kopią oryginału, ręcznie wykonany oryginalną, bardzo pracochłonną techniką, z certyfikatem i nawet zdjęciem artysty, który go wykonał. Oprawiony ozdabia teraz nasze mieszkanie.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – świątynia Senso-ji i święto Shichi-go-san (święto 7-5-3)

Posilona i w wyśmienitym nastroju dotarłam w końcu do świątyni Senso-ji – najstarszej świątyni w Tokio.

Na teren świątyni wchodzi się przez imponującą bramę Kaminari-mon (brama grzmotów). Wewnątrz bramy zamocowana jest przeogromna papierowa latarnia, w kolorze czerwonym i z granatowymi znakami – ta kolorystyka ma powodować skojarzenia z burzowymi chmurami i piorunami). Za bramą znajduje się wąska uliczka (Namamise-dori), z obydwu stron obstawiona dziesiątkami budek oferujących niezliczone pamiątki: wachlarze, drzeworyty, kimona, zabawki, podkoszulki, słodycze i co tam jeszcze dusza turysty zapragnie.

Na końcu uliczki ze straganami stoi jeszcze jedna brama, zwana Hōzō-mon, nieco mniejsza od Kaminari-mon, ale dosyć do niej podobna, co początkowo wzbudziło we mnie lekką konfuzję, bo zdawało mi się, że pomyliłam kierunki. Dziedziniec świątyni spowity jest dymem, który służy do rytualnego oczyszczenia, tak samo jak woda w studni. Wierni dokonują rytualnych ablucji zanim wejdą do głównej hali świątyni, która poświęcona jest Kannon, bogini miłosierdzia i płodności.

Do kompleksu świątynnego należą jeszcze inne budynki, pagoda, świątynia shinto, ogród, ale szczerze mówiąc nie wczuwałam się za bardzo w ich oglądanie, dlatego i tutaj nie będę im poświęcać miejsca. Największą frajdę sprawiało mi oglądanie ludzi, zwykłych wiernych, którzy przybyli do świątyni na modlitwę i turystów, którzy wystrojeni w tradycyjne stroje (prawdopodobnie w większości wypożyczone) strzelali sobie jednego selfika za drugim.

Przy przeglądaniu zdjęć już po powrocie zauważyłam, że nie zrobiłam tego dnia ani jednego zdjęcia latarni Kaminari, chyba mnie ogarnęła jakaś pomroczność jasna, może to od tego dymu mi rozum zamgliło. Ewentualnych czytelników upraszam o wyrozumiałość, a poniżej zamieszczam kilka fotek ze świątyni Senso-ji:

A tutaj kilka snapszotów turystów w malowniczo kolorowych strojach:

Na wizytę w świątyni  Senso-ji z premedytacją wybrałam sie 15 listopada – na ten dzień przypada bowiem święto Shichi-go-san (święto 7-5-3). Jest to święto dzieci w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat. Pierwotnie wiązało się ono z obrzędami inicjacji, przejścia z wieku małego bezrozumnego dziecka do wieku dzieci „dużych” – rytuały różniły się podobno w zależności od regionu Japonii, ale na przykład dopiero po skończeniu trzech lat dzieciom zapuszczano włosy (przed ukończeniem tego wieku głowy dzieci golono). W wieku pięciu lat chłopcy po raz pierwszy mogli założyć tradycyjny strój hakama, a dziewczynki po skończeniu siedmiu lat mogły przepasać kimono ozdobnym pasem obi. Do dzisiaj z tych rytuałów przetrwał zwyczaj ubierania dzieci w tradycyjne japońskie stroje i wizyta w lokalnej świątyni shinto.

Możliwość zobaczenia tych przesłodkich japońskich dzieciaków poubieranych w kimona i hakamy, w towarzystwie rodziców w równie eleganckich strojach, była dla mnie prawdziwą gratką. Tutaj kilka zdjęć:

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.

Tokio – spacer po dzielnicy Asakusa

Dzisiaj czas na zwiedzanie najstarszej świątyni buddyjskiej w Tokio: Senso-ji. Mój sympatyczny apartament znajduje się rzut beretem od tego miejsca, więc wybieram się tam na piechotę, a przy okazji oglądam sobie dokładniej „moją” dzielnicę, czyli Asakusę.

Asakusa to bardzo przyjemna dzielnica, zobaczcie zresztą sami:

Po drodze zachodzę do małej przytulnej restauracyjki na przekąskę. Takoyaki tym razem w wersji z płatkami bonito (wędzony i suszony tuńczyk, w postaci ultracienkich płatków), znowu przepyszne… Na deser raczę się lodami z matchą – kremowe, nie za słodkie, z charakterystycznym aromatem, mniam, od razu zostaję fanem.

 

To  są zapiski  z podróży do Japonii, która odbyła się na przełomie października i listopada 2016. Podróżowałam sama, podróż była zorganizowana indywidualnie przeze mnie.